Śląsk jest niesłabnącym magnesem

Opolska artystka jedną z twarzy bohemy Berlina

W czasach licealnych Joanna Buchowska była w Opolu jedną z najbardziej czytelnych i zauważalnych nastolatek. Znali ją wszyscy i oglądali się za nią wszyscy. Ale prowincjonale miasteczko stało się dla niej za ciasne. Na początku lat 90 wyjeżdża do Berlina. Tam podejmuje studia artystyczne w Freikunstschule Berlin, a potem w Institut für neue Medien. Kontaktu z ziemią rodzinną nie urwała nigdy. Ciągle wraca, by tu na Śląsku, prezentować swoje obrazy i prace.

Rozmowa z Joanną Buchowską

Klaus Winer: Tęsknisz za Opolem, Śląskiem, za opuszczonym przed wieloma laty krajem?

Joanna Buchowska: –Zwykle kiedy dopada mnie taka tęsknota, wsiadam w pociąg i jadę na Śląsk. Daleko na szczęście nie mam. Niestety, pandemia, więc taka spontaniczna reakcja na tęsknotę nie jest możliwa.

Ale użyte przez Ciebie słowo „kraj” oznacza także „kraniec, krawędź” i mnie takie staroświeckie znaczenie w pierwszej chwili ze słowem „kraj” się skojarzyło. Może dlatego, że nie tylko moim zdaniem Polska sama spycha się teraz na kraniec Europy, brnie ku peryferiom.

Klaus Winer: – Udajmy na parę chwil, że polityki nie ma.

Joanna Buchowska: – O kraju, jako scenerii mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, myślę jak o nieprzebranym magazynie zapisanych w pamięci obrazów, z których jedne blakną, płowieją, inne – mimo upływu lat – nabierają barw, intensywności, ekspresji. Część tej osobistej „wewnętrznej galerii” jest pewnie gdzieś w zakamarkach podświadomości i dopiero w snach się ujawnia, albo w niekontrolowanych reakcjach.

– Odwiedzasz Opole?

– Nie za często, średnio raz w roku. Oprócz odwiedzin prywatnych były też dwie wizyty „służbowe”, podczas których towarzyszyłam moim obrazom. Parę lat temu opolska Galeria Sztuki Współczesnej prezentowała moje prace na zbiorowej wystawie  „KRAJ – Artyści z polskim rodowodem”, a trzy lata temu Galeria „Pierwsze Piętro”, należąca  do Związku Polskich Artystów Plastyków, zorganizowała mi w Opolu wystawę indywidualną.

– Znany berliński krytyk sztuki napisał w katalogu do twojej indywidualnej wystawy: „W malarstwie Joanny Buchowskiej niepewność i zagrożenie egzystencjalne dochodzą do głosu w scenerii, którą nawykowo kojarzymy z radością, harmonią, epicentrum człowieczeństwa. Na tych obrazach idylliczna wioska staje sie sferą zagrożenia, słoneczna plaża – miejscem katastrofy, a dzieciństwo – okresem lęków i strachu. Czyż realnej obecności takich zastawień nie potwierdzają serwisy informacyjne środków masowego przekazu, te przeróżne złowieszcze meldunki i prognozy? Joanna Buchowska stara się ukazywać rzeczywistość bez upiększającego retuszu, w sposób utrudniający dostęp iluzjom. Jest w swej twórczości radykalnie subiektywna, realizuje osobiste zadanie ujawniające tęsknotę za światem choć odrobinę lepszym”.

Wyjeżdżałaś z Polski w poszukiwaniu „świata choć odrobinę lepszego”?

– Z Polski wyjechałam w 1992 r. Nikt mnie nie wyganiał, żaden przymus zewnętrzny (np. polityczny czy ekonomiczny) nie wpływał na podejmowaną decyzje. Daleka też byłam od myślenia, że opuszczam piekło, a czeka na mnie raj.

– I co zastałaś?

– Wchodziłam w obce mi berlińskie środowisko bez wystarczającej znajomości języka, do kompletnie obcych ludzi, miejsc, sytuacji. Było ciężko, ale nie na tyle, żeby powiedzieć: zawracam, wybieram znane, oswojone… Byłam zbyt mocno zmęczona chaosem polskiej codzienności, spotęgowanym dodatkowo przechodzeniem z jednego ustroju w drugi, w czym wprawy nie mieli (bo i skąd?) ani rządzący, ani rządzeni. Ja w tworzącym się wolnym rynku i możliwości prowadzenia jakiegoś własnego biznesu – nie widziałam szans dla siebie. Szukałam jedynie większego porządku w zbiorowej organizacji spraw przyziemnych, podstawowych.   

Zacumowawszy w Berlinie nie przeżywałam okresu euforycznego, będącego częstym udziałem typowego “demoluda”, czyli przybysza z tzw. krajów demokracji ludowej, podporządkowanych Moskwie. Nawet wolnością się nie zachłysnęłam, bo wolna wewnętrznie starałam się być od dawna.

Wydaje mi się, że – w kategoriach teoretycznych – byłam wtedy egzemplifikacją konfliktowego modelu twórczości. Zakłada on, że źródłem twórczości są konflikty motywów, frustracje, wewnętrzne sprzeczności, a proces twórczy zapobiega kryzysom egzystencjalnym i przywraca stan psychicznej równowagi.

– Nie samą sztuką artysta żyje.

– Na co dzień pokonywałam granice bardziej konkretne: językową, towarzyską, środowiskową… Nie miałam przyjaciółek, nawet o koleżanki na początku było trudno.

Z lekkim zdumieniem zauważyłam niedawno, że u berlińskich początków często w moich obrazach  pojawia sie motyw płotu, muru, ogrodzenia, ściany, bariery… Te płoty, mury, ściany oddzielają postacie i rzeczywistość pierwszego planu od czegoś, co jest groźne i niebezpieczne? A może odwrotnie – bronią dostępu do rewirów, gdzie czeka świat innych reguł, fascynująca przygoda, niespodzianka?

– Jak znosisz czas pandemii? Ma to jakiś wpływ na twoją twórczość?

– Nie zaczęłam malować obrazów typu „Martwa natura z wirusem”, a mój nastrój radykalnie się nie zmienił. Ograniczenie bezpośrednich kontaktów samej twórczości nie szkodzi, bo przecież obrazowi u narodzin raczej towarzyszy samotność, koncentracja, skupienie. Na szczęście jest internet, który pomagał przeboleć odwoływane wystawy lub tylko wernisaże, umożliwiał wirtualne wizyty w galeriach, zdalne zakupy prac z zakresy sztuk wizualnych. Artyści pracują solo, natomiast osoby i podmioty wspomagające twórców i organizujące rynek sztuki stanęły na wysokości zadań bardzo utrudnionych przez pandemię. Kiedy odwołano, planowane na kwiecień, berlińskie targi sztuki, zmartwiłam się także z pobudek egoistycznych, bo i moje prace miała tam zaprezentować berlińska galeria Martin Mertens. Ale we wrześniu targi sztuki Positions i Paper Positions Berlin jednak się odbyły, przed goszczącymi imprezę hangarami nieczynnego lotniska Berlin-Tempelhof ustawiały się kilometrowe kolejki oczekujących na zwiedzanie…

– Artyści w Polsce skarżą się na brak państwowego wsparcia w ten nie tylko rynkowo trudny czas.

– Tu też manna nie leci z nieba. Jednak byłoby sporą niesprawiedliwością nie wspomnieć o szerokiej i skutecznej pomocy dla artystów ze strony Berufsverband Bildender KünstlerInnen – bbk Berlin. Ta organizacja walczy o finansowe (i nie tylko) wsparcie dla artystów pracujących i żyjących w Berlinie. Ja aktualnie korzystam ze stypendium przyznanego mi w ramach Stipendien-Sonderprogramm des Senatsverwaltungs für Kultur und Europa,  dzięki czemu przez jakiś czas mogę w miarę spokojnie skupić się na pracy artystycznej.