Mniejszość niemiecka odniosła sukces

Rozmowa z Ministrem Pełnomocnym i pierwszym zastępcą ambasadora Republiki Federalnej Niemiec w Warszawie

Rozmowa z Ministrem Pełnomocnym i pierwszym zastępcą ambasadora Republiki Federalnej Niemiec w Warszawie. Knut Abraham towarzyszy od wielu lat społeczności autochtonów. W wywiadzie opowiada o swoich pierwszych kontaktach z tym środowiskiem, konieczności wspierania mniejszości narodowych w Europie, recepcji niemieckiego ruchu oporu i perspektywach zbudowania w Opolu pomnika nieznanego dezertera Wehrmachtu.

Panie Ambasadorze, jest Pan tu w Warszawie w pewnym sensie następcą Rudolfa von Scheliha. Żaden z przedstawicieli niemieckiego ruchu oporu nie miał tak bliskich kontaktów z polskim podziemiem jak on. Żaden z nich nie stanął w obronie interesów swoich polskich przyjaciół tak mocno i skutecznie. Mimo to Scheliha pozostaje nieznany ogółowi społeczeństwa w Polsce. Jak to jest możliwe?

Tak jest nie tylko w Polsce. Jego postać jest również mało znana w Niemczech. Słyszało się najczęściej o  Stauffenbergu i Moltke. Inni bojownicy niemieckiego ruchu oporu, czy ich cele zbyt często pozostają nieznane. W ostatnich latach interesowałem się bardziej tym tematem, ale nawet ja sam wiem na ten temat zbyt mało.

W Polsce szczególnie trudno jest mówić o niemieckim ruchu oporu. Jego historia jest często postrzegana jako próba relatywizacji niemieckich zbrodni. Jest to niesprawiedliwe wobec bojowników ruchu oporu, ponieważ ci ludzie naprawdę postawili na szali swoje życie, a wielu z nich zostało zamordowanych. Rudolf von Scheliha jest tego dobrym przykładem. Gestapo przypisało go do grupy oporu Czerwona Kapela (Rote Kapelle), do której prawdopodobnie nigdy nie należał. Po 1945 roku została ona uznana za radziecką siatkę wywiadowczą. Ale Scheliha był też bohaterem, który skutecznie pomógł wielu Polakom. Spontanicznie wpadłem na pomysł, że można by zrobić o nim wystawę i zaprezentować go szerokiej publiczności w Polsce. Przy okazji chcę dodać, że portret Rudolfa von Scheliha wisi tutaj, w Ambasadzie, na centralnym miejscy w pobliżu mojego biura i biura ambasadora.

Rudolf von Scheliha, źródło: Gedenkstätte Deutscher Widerstand

Rudolf von Scheliha pochodził z Cieśli obok Opola. W latach dwudziestych von Scheliha był niemieckim wicekonsulem w Katowicach. Dziś, choć Śląsk należy do Polski, pozostało tu wielu Niemców. Od czasu upadku komunizmu mniejszość niemiecka twierdzi, że stanowi swego rodzaju pomost między tymi dwoma państwami. Czy jest to pusty postulat, czy też społeczność ta może rzeczywiście pełnić taką rolę? Jak taka funkcja mostu mogłaby w praktyce wyglądać?

Jestem głęboko przekonany, że mniejszość niemiecka odgrywała i nadal odgrywa bardzo ważną rolę. Mam też nadzieję, że tak pozostanie. Wynika to z wyjątkowości Śląska i jego polsko-niemieckiej historii. Niemieckie dziedzictwo kulturowe na Górnym Śląsku nie jest czymś zamrożonym w muzeum, ale żywą rzeczywistością. Niosą je ze sobą realnie mieszkający tu ludzie. A organizacja mniejszości odgrywa ważną rolę kulturową i emocjonalną dla tych ludzi. 

W czasach antykomunistycznego przełomu i upadku Muru Berlińskiego pracował Pan w niemieckim Bundestagu. W tej funkcji bywał Pan w tamtych czasach również w Polsce. Jak Rząd Federalny zareagował na pojawienie się mniejszości niemieckiej w tym czasie? Czy postrzegano to zjawisko jako szansę czy jako zagrożenie dla stosunków polsko-niemieckich?

Zaskoczyło nas, jak wiele osób w wolnym społeczeństwie nagle przyznało się do bycia Niemcem. Dla nas było to coś zupełnie nowego, że tak wielu ludzi z Górnego Śląska nagle pojawiło się na mszy w Krzyżowej. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, jak pilnie potrzebne są tu nowe ramy polityczne i prawne. Konsekwencją tych doświadczeń był Polsko Niemiecki Traktat o Dobrym Sąsiedztwie z czerwca 1991 roku.

Nie, nie mieliśmy obaw. Cały ten ruch był niezwykle spokojny. Była to również wielka, osobista zasługa arcybiskupa Alfonsa Nossola, który pozytywnie wpłynął na to środowisko. Mniejszość niemiecka nigdy nie była zagrożeniem.

Knut Abraham, Minister Pełnomocny Ambasady Niemiec w Warszawie

Był Pan również jednym z pierwszych przedstawicieli niemieckich elit politycznych Niemiec, którzy odwiedzili Śląsk w tych burzliwych miesiącach. Jak osobiście doświadczył Pan wówczas mniejszość niemiecką?

Zaskoczyło mnie w 1989 wielkie uczucie szczęścia wśród niemieckich Górnoślązaków. W tym czasie ludzie ci byli pełni nadziei i czuli się wolni, nie musieli już ukrywać swojej tożsamości ani się jej wstydzić. Przemiany budziły nadzieje na europeizacje Polski. W tamtym czasie nie było to jeszcze takie pewne. Dobrze pamiętam te łzy i radość. Często myślę o piosenkach, które wtedy śpiewali. To było dla mnie takie wzruszające i satysfakcjonujące. Ta nowa sytuacja wzbudziła moją ciekawość dla kultury i historii Śląska. W przeszłości ludzie nie byli tym zbytnio zainteresowani, a gdy nagle zniknęła zasłona komunizmu, pojawił się barwny i bardzo ciekawy krajobraz różnych kultur. Nagle historia Europy Środkowej i Wschodniej stała się ważnym tematem.

A jak widzi to Pan dzisiaj? W końcu Rząd Federalny przez dziesięciolecia wspierał organizacje mniejszości niemieckiej kwotą wielu milionów euro. Czy fundusze te zostały wykorzystane efektywnie?

Po pierwsze, mogę to potwierdzić. Rząd Federalny był bardzo stanowczy w swoim poparciu dla mniejszości. Było to słuszne, a ta pomoc miała ogromne znaczenie. Dzięki tej pomocy ugruntowało się środowisko, które ma swoje własne życie kulturalne.

Chcieliśmy, aby ludzie ci zostali na Śląsku, a nie emigrowali. Zostało to osiągnięte, sytuacja mniejszości ustabilizowała się. Niemcy na Górnym Śląsku czują się u siebie w domu bezpiecznie i komfortowo. Spoglądają spokojnie na swoją sytuację i widzą tu swoją przyszłość. Dlatego nie emigrują, niektórzy wracają. Wciąż słyszę historie dzieci, które urodziły się w Niemczech i chodzą tu do szkoły. Na przykład po upadku muru wielu rzemieślników wyemigrowało z Górnego Śląska. Byli w stanie utrzymać się w Republice Federalnej Niemiec, ponieważ mówili po niemiecku i tamtejszą znali kulturę pracy. Niektórzy z nich założyli własne firmy, a następnie ponownie rozpoczęli działalność na Górnym Śląsku. Nie ma ich wiele, ale przynajmniej kilka.

Z zadowoleniem przyjąłbym dyskusję na temat nowych projektów dotyczących mniejszości w obszarze młodzieży, języka i kultury. Tutaj jesteśmy bardzo otwarci. Oczywiście nie zmienia to mojego przekonania, że mniejszość niemiecka jako całość odniosła sukces.

Ambasada Niemiec w Warszawie, fot. Wistula

Żyjemy we wspólnej Unii Europejskiej. Coraz bardziej umacnia się struktura, w której wszystkie narody będą kiedyś należeć do mniejszości. Narodowe więzi stają się coraz mniej ważne. Czy w tej nowej sytuacji nadal ma sens mówienie o mniejszościach? Albo inaczej. Czy nadal musimy wspierać mniejszości narodowe w szczególny sposób?

Dlatego wolę mówić o grupach etnicznych, a nie o mniejszościach. Oczywiście trzeba je wspierać, i to z wielu powodów. Różnorodność kultur jest w Europie ogromnym bogactwem. W każdym regionie jest ona cechą szczególną i jakością samą w sobie. Jak smutne by to było, gdyby by istniał tylko jeden gatunek kwiatów. Tak samo jest z kulturami.

Jednak sytuacja mniejszości nie jest łatwa i najczęściej znajdują się one w trudnej sytuacji. Regionalne większości zazwyczaj dominują w życiu kulturalnym. Więc mniejszości narodowe znajdują się w o wiele gorszej sytuacji i mają trudności w kreowania wartościowych inicjatyw. Wszędzie jest tak samo. Serbowie Łużyccy też są w takiej sytuacji. Trzeba więc pomagać, żeby wyrównywać szanse.

Ale to ma też o wiele głębszy wymiar. W szybko rozwijającym się świecie, ludzie potrzebują ideowego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Silne korzenie są ważne dla wewnętrznego bezpieczeństwa i orientacji w świecie. Oczywiście, że tożsamości zmieniają się w czasie, ale tradycyjne wartości stanowią swego rodzaju fundament dla dalszego rozwoju. Tylko na solidnym podłożu mogą pojawić się nowe, stabilne punkty odniesienia.

Dlatego tak ważna jest dbałość o regionalne kultury i zapewnienie im niezależnego rozwoju. Aby tego dokonać, potrzeba zabezpieczyć im środki finansowe, dać gwarancję praw językowych i politycznych. Mamy szczególny obowiązek wobec mniejszości niemieckiej na Śląsku. Stała się ona mniejszością poprzez polityczne wydarzenia, za które nie ponosi wyłącznej winy. Dlatego pomagamy i chcemy pomagać dalej.

Pomnik nieznanych dezerterów. Rzeźba Mehmeta Aksoya, 1989, (Poczdam, Platz der Einheit), fot. Botaurus

Kilka miesięcy temu zmarł Bruno Kosak, były poseł na Sejm i członek różnych gremiów mniejszości niemieckiej. Zainicjował on pomysł wzniesienia pomnika nieznanego dezertera. Chciał  uhonorować żołnierzy Wehrmachtu, którzy mieli odwagę sprzeciwić się reżimowi hitlerowskiemu i odmówili dalszego udziału w wojnie. Zresztą dokładnie tak, jak zrobił to Rudolf von Scheliha.  Czy ma sens kontynuowanie tego projektu i inicjowanie takiego pomnika w Opolu?

Mieszkańcy Opola muszą o tym sami zadecydować. Dezercja to bardzo trudna sprawa. Niektórzy postrzegają ją jako rodzaj ruchu oporu prostych ludzi. Bo rzeczywiście, zwykli żołnierze, którzy nie zgadzali się z reżimem nazistowskim, nie mieli żadnych instrumentów, aby przeciwstawić się III Rzeszy. Dlatego niektórzy postanowili uciec z Wehrmachtu. Ale to bardzo trudne pytanie.