Familoki i nędza Autochtonów

Górnośląski przemysł zbudowano w ciągu kilkudziesięciu lat w samym środku wyjątkowo zacofanego i biednego regionu. Regionu pozbawionego nie tylko inteligencji, ale nawet średnich kadr urzędniczych. Za nieproporcjonalnie wysokie zarobki musieli oni zostać tu dopiero sprowadzeni. A to pociągnęło za sobą drastyczne różnice socjalne i napięcia.

Górny Śląsk był oddalony o setki kilometrów od innych centrów przemysłowych. Horrendalne koszty transportu powodowały, że górnośląscy przemysłowcy musieli obniżać koszty produkcji i czynili to kosztem najsłabszych. W roku 1888 wynosił przeciętny dochód roczny górnośląskiego górnika  574 RM,  a górnika westfalskiego 910 RM. Różnica była więc kolosalna. Różnice te dotyczyły nie tylko zarobków. Przeciętny dzień pracy  na Górnym Śląsku trwał 12 godzin. Dzień pracy trwający 18 godzin nie był rzadkością. W tym samym czasie w Niemczech zachodnich dzień pracy trwał zaledwie 9 godzin. Ciężka fizyczna praca kobiet i dzieci była czymś naturalnym. Dwunastoletni chłopak musiał już sam zarabiać na siebie. Upośledzenie finansowe górnośląskich robotników miało się utrzymać do I Wojny Światowej.

Autor: Tomasz Strojecki

Śląscy magnaci przemysłowi starali się jakoś te powstające różnice w poziomie życia robotników śląskich i niemieckich wyrównywać. Ci, którzy teraz tworzyli zrębu przemysłu, mieli swoje doświadczenie przede wszystkim w rolnictwie. Dotyczyło to również sposobu rozliczania się z robotnikami. Robotnicy mogli dzierżawić albo kupić od przemysłowców małą działkę rolniczą. Sadzono na niej kartofle  na użytek swojej rodziny i karmienia zwierząt domowych. Posiadanie przez robotników świni, kozy czy kur było powszechne. W ten sposób osiedla robotników wyglądały jak kolonie małych gospodarstw rolnych. Ci, którzy mieszkali w familokach najczęściej mieli chlewiki pod domem. Hodowano w nich zwierzęta i magazynowano żywność. Chlewiki stały się nieodłącznym elementem familoków, chociaż dziś większość z nich już wyburzono. Wszystko to było brudne, szare i śmierdzące. 

autor: Natalia Klimaschka

Te malutkie gospodarstwa rolne łagodziły standardy poziomu życia między górnośląskimi robotnikami i ich kolegami z Zagłębia Ruhry. Fakt posiadania małych gospodarstw miał jeszcze jedną bardzo pozytywna konsekwencję. Dzięki temu  rozwój przemysłu nie spowodował powstania klasycznego proletariatu. Robotnicy kupowali sobie domy z działkami rolniczymi i zaopatrywali się w produkty rolne bezpośrednio u chłopów. Nastąpiła symbioza małego chłopstwa z przemysłem.

autor: Natalia Klimaschka

Nie zmienia to faktu, że los górnośląskich robotników był straszny. Familoki były brudne i czarne. Autochtoniczni robotnicy mieszkali po wiele osób w jednym pomieszczeniu, bez kanalizacji, wody, prądu i gazu. Kamienice wybudowane były miedzy fabrycznymi kominami i dymiącymi hałdami. Robotnicy odżywiali się monotonie i źle. Żur albo wodzionka, suchy chleb na zmianę z chlebem ze smalcem. Mięso było, jeżeli w ogóle, tylko w niedziele. Gęś na Boże Narodzenie.

autor: Łukasz Zimnoch

Ubrania nosili łatane, cerowane, przeszywane, beznadziejnie znoszone. Zarówno w zimie jak i w lecie nosiło się drewniaki, dzieci biegały boso. Umieralność wyniszczanych przez ponad ludzka pracę robotników była zastraszająca. Również umieralność dzieci wychowujących się bez lekarskiej pomocy dzieci była niewspółmierna w stosunku do innych części Niemiec. Górnośląskie środowiska miały ogromny przyrost naturalny, umieralność dzieci przybierała zastraszające rozmiary, a rozpacz matek z powodu śmierci dzieci . Do codzienności należały i niekończących się konduktów pogrzebowych dzieci.

Szokujący był kontrast między tymi robotniczymi dzielnicami, a opływającymi w bogactwo i luksus kamienicami w Katowicach.  Górny Śląsk uchodził przed I wojną za obszar o największych różnicach socjalnych w całym państwie niemieckim.

Galeria zdjęć, autorzy: Natalia Klimaschka, Tomasz Strojecki