Przesiedleńcy okazali się ślepi

Ofiary ideologii i politycznego fundamentalizmu

Wielki gest Willy’ego Brandta, jakim było padnięcie na kolana przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie 7 grudnia 1970 roku, świadczy o jego odwadze i moralnym kręgosłupie. Był to czyn, który odmienił świat w wielu płaszczyznach. Ale stał się też początkiem dramatycznego procesu marginalizacji środowisk przesiedleńczych w Niemczech i ich kulturalnych tradycji.

Liderem powojennej SPD był Kurt Schumacher, przesiedleniec z Chełmna na Pomorzu i wieloletni więzień obozów koncentracyjnych. Ponieważ Schumacher sam uważała się za przesiedleńca, w pierwszych latach Republiki Federalnej to właśnie SPD była tą partią, z którą się w głównej mierze przesiedleńcy, również Autochtoni i Niemcy ze Śląska, identyfikowali. Tutaj znajdowali najwięcej zrozumienia i poparcia, a Herbert Hupka długo był posłem SPD właśnie. Ale prawdą jest, że również politycy SPD uczestniczyli w ideologicznej kampanii, która konsekwentnie zapowiadała powrót przesiedleńców na ziemie rodzinne. Było to polityczne oszustwo, ponieważ dla wszystkich polityków niemieckich od początku istnienia Republiki Federalnej było wiadome, że decyzje terytorialne, które zapadły w Poczdamie w 1945 roku są nieodwracalne. Ale przecież o wiele łatwiej było snuć przed przesiedleńcami nierealne wizje powrotu, jak budować dla nich domy i miejsca pracy. Tymi obietnicami można było na nich wymusić akceptację fatalnych warunków mieszkaniowych i gorszą sytuację socjalną. Ten mit powrotu na ziemie rodzinne SPD podtrzymywało jeszcze do wyborów we wrześniu 1969 roku.

Dopiero po wyborach nowy socjaldemokratyczno-liberalny rząd Willy’ego Brandta otworzył nowy rozdział stosunków ze wschodem Europy. Gotowość do zaakceptowania granic na wschodzie elity środowisk przesiedleńczych odebrały jako zdradę. Takim elementem tej niechcianej polityki był właśnie hołd nowego kanclerza oddany przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie.

Było on zresztą wstrząsem dla całej niemieckiej opinii publicznej. Gest ten był szokiem, którego większość niemieckiego społeczeństwa nie potrafiła zrozumieć. Dlatego to wydarzenie pod pomnikiem Ofiar Getta stało się ważnym impulsem dla ogólnonarodowej debaty na temat odpowiedzialności Niemiec za zbrodnie popełnione podczas wojny. I to była wielka korzyść.

Fatalnie się jednak stało, że ówcześni liderzy organizacji przesiedleńczych nie dostrzegli, jak bardzo zmieniła się sytuacja polityczna w Europie i ich rola w Niemczech. Upierali się dalej przy nierealnych żądaniach powrotu na utracone ziemie rodzinne. Te ideologiczne postulaty były tym bardziej dziwne, że już w latach 70., czy później, trudno było znaleźć kogoś, kto chciałby na stałe wracać na Śląsk. Strategia ta doprowadziła nie tylko do społecznej marginalizacji środowisk przesiedleńczych. Ale co wiele gorsze, doprowadzili oni do tego, że tradycje kultura przyniesione ze wchodu stały się czymś wstydliwym.

Klęknięcie przed Pomnikiem Bohaterów Getta nie było również w Polsce dobrze odebrane. Odczytane zostało jako pokłon przed niechcianymi wówczas w Polsce środowiskami żydowskimi. Ale również stanowiło podważenie  kultywowanego wówczas stereotypu Niemca wroga. Stąd też cenzura w Polsce zakazała publikacji zdjęcia klęczącego Kanclerza.

Klęknięcie Willy’ego Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta było spontanicznym gestem uczciwego, wrażliwego człowieka, który poczuł się w tym miejscu przygnieciony ciężarem winy.  Ale gest Willy’ego Brandta okazał się wielkim krokiem na drodze polsko-niemieckiego pojednania. I jako taki jest dziś zarówno w Polsce jak i w Niemczech z wielkim podziwem honorowany.

Dla różnych organizacji Autochtonów konsekwencje zastygnięcia w nierealnych, dyktowanych ideologią postulatach, powinno być wielkim ostrzeżeniem. Dlatego rocznica uklęknięcia przed upominkiem Bohaterów Getta przez Willy’ego Brandta powinna tu być inspiracją dla wielu refleksji.